poniedziałek, 18 grudnia 2017

Myśl siedemnasta z cyklu: ZAPISKI Z ŻYCIA NA PLANECIE ZIEMIA (17)



Tam, gdzie uczciwości brak - prawda nie istnieje.


Pielęgnujmy swoją przyzwoitość.


Przed Świętami mamy zwykle więcej szans na skuteczną pracę nad sobą... 
Oto moje życzenia dla Wszystkich i siebie samej na dzisiaj, a także
na Nadchodzący Rok 2018. 


Oby się spełniły - wśród najbliższych - w rodzinach, w gronie przyjaciół i znajomych, ale też w całej naszej społeczności.



Beata Bigda,
Wrocław, grudzień 2017 roku

sobota, 2 grudnia 2017

Savoir-vivre XXI wieku (1)


Odcinek pierwszy:
O wsiadaniu i wysiadaniu, a także o wchodzeniu i wychodzeniu, no i w końcu o wjeżdżaniu i wyjeżdżaniu.


(Na autoszkolenie nigdy nie za późno!
Bardzo przydatny jest taki savoir-vivre i warto czasem sobie 
posłuchać,
albo poczytać - w każdym wieku)


Chociaż jest to proste, bo opiera się na logicznych zasadach -
z bliżej nieokreślonych powodów często łamiemy tę zasadę w codziennym życiu. 

Chodzi o wchodzenie do pomieszczeń, a także o wsiadanie do pojazdów komunikacji miejskiej (lub międzymiastowej).

To przecież zupełnie jasne, że jeśli podchodzimy do drzwi tramwaju, czy autobusu, albo nawet pociągu - pojazdów, które zatrzymują się na krótko, po czym jadą dalej - trzeba najpierw wypuścić wysiadających, by móc już bez przeszkód przedostać się przez wąskie drzwi i znaleźć miejsce dla siebie w środku.

Ta sama zasada obowiązuje wchodzących do wszelkich pomieszczeń - najpierw wypuszczamy wychodzących, by "uwolnili" przestrzeń dla nas - i byśmy mogli wejść do środka,
i znaleźć tam dla siebie miejsce...


Powszechny brak kindersztuby w opisanych wyżej sytuacjach przekłada się "automatycznie" na podobne zachowania wśród kierowców.


Ostatnio wzięłam się na sposób: po prostu nie ustępuję, jeśli nadjeżdżający z naprzeciwka nie porusza się po swoim prawowitym pasie ruchu na wąskiej drodze, obstawionej zewsząd parkującymi na chodnikach i pasie drogowym autami.
Trudno - stoimy i czekamy, aż zorientuje się, że "na chama" nie da się przejechać. Czasem trwa to dłuuugo...

Ostatni taki "rycerz" zajechał mi drogę i nie chciał się wycofać dopóki za mną, na "moim" pasie, nie pojawił się następny samochód (tym razem z mężczyzną za kierownicą).
Stojąc przed naszą dwójką jednak zrezygnował i zjechał w końcu na bok.

A kiedy jest odwrotnie? - Przepuszczam, oczywiście!
Jadąc z konieczności po nie swoim pasie, zatrzymuję się i czekam, aż przejedzie kierowca, który porusza się po swoim pasie ruchu w przeciwnym kierunku.


Niestety - nie wszyscy takie zachowanie cenią, a stosuje te zasady na co dzień mniejszość...



Beata Bigda,
Wrocław, grudzień 2017

czwartek, 9 listopada 2017

Owoce Reformacji a... nasza przyszłość


Ludzie dzielą się głównie:
- na tych, którzy mają potrzebę tylko i wyłącznie racjonalnego podejścia do otaczającego nas świata i swojego w nim bytowania
oraz
- na tych, którzy odczuwają silną potrzebę wsparcia ze strony jakiegoś wyznania, ponadto odczuwają, że istnieje w nas i wokół nas coś więcej, niż materia.


Może bierze się to z faktu, że tak trudno człowiekowi zaakceptować okrutny dla jednostki koniec egzystencji ziemskiej - materialnej i duchowej jednocześnie (w pewnym sensie).
Większość ludzi pragnie żyć w nadziei na życie po śmierci - w kontakcie z może wymagającym, ale przede wszystkim dobrym, miłosiernym, wybaczającym i kochającym Bogiem.


Z kolei warto zwrócić uwagę na to, że ci, którzy cenią racjonalne rozumienie świata wcale nie są pozbawieni tzw. "duchowości"!
Przejawia się ona w szacunku i potrzebie "wyznawania", ale też STOSOWANIA od wieków obowiązujących i uniwersalnych zasad humanizmu. Mam tu na myśli oczywiście humanizm w szerokim sensie, czyli zgodnie z definicją: "antropocentryczną postawę intelektualną i moralną, wyrażającą się troską o potrzeby, szczęście, godność i swobodny rozwój człowieka, a także przykładającą wagę do racjonalnego myślenia."


Kłopot w tym, że większość populacji gubi się w takim racjonalnym, choć humanitarnym systemie rozumienia świata i swojej w nim pozycji.
Od dawna wiedzieli o tym świetnie władający tłumami ludzkimi - dobrzy i niedobrzy monarchowie i hierarchowie...


Poza tym muszę tutaj podkreślić z całą mocą - że chociaż jestem zwolenniczką racjonalizmu - to jednak nie zgadzam się z całkowitym odsunięciem się przez nauki wszelkie od zgłębiania tematu duchowości człowieka, zagadkowych, niewyjaśnionych zjawisk itd.
Ta część świata i naszej istoty jest w dalszym ciągu niezgłębiona, nietknięta naukowymi analizami i teoriami...


Myśli Reformacyjne stanowią według mnie formę pośrednią pomiędzy starszymi doktrynami konfesyjnymi a nowoczesnym spojrzeniem na istotę człowieka i sens istnienia świadomych bytów we wszechświecie.

Dlatego uważam, że warto podążać tą drogą... ku przyszłości.



Beata Bigda,
Wrocław, listopad 2017 roku.

środa, 8 listopada 2017

Dyziowym śladem


Przyglądając się czarownym igraszkom świateł
w kłębowisku przepływających chmur -
tym piękniejszych - im więcej w nich
kształtów, barw i odcieni
czasami sobie marzę o zgodnym bytowaniu
mimo odmiennych mentalności, poglądów, sympatii


                  Przed burzą. Panorama Ostrowa Tumskiego we Wrocławiu.
Pastel suchy - Beata Bigda.       www.art-imaginis.net



Przyjazna wspólnota możliwa jest wśród tych,
którzy potrafią pięknie i twórczo się różnić

Jakie niespotykane bogactwo może wyniknąć z różnorodności!


Mogłabym wyłuskać z niedalekiej przeszłości
kilka udanych przykładów zgodnego współistnienia...


Trzeba nam paru obłoczków tolerancji
spowitych mgiełką wzajemnego zrozumienia


Choć pewnie huragan empatii musiałby przebudować to niebo
według mojego marzenia
by oczyścić intencje i uwznioślić myśli...


A słowa? - Nie ważą wiele
zbyt łatwo się je wypowiada lub pisze,
zbyt rzadko złożone obietnice
z uczynkami deklarujących konfrontuje życie...


Nieunikniona konkurencja nie musi smakować goryczą


Z jednej misy skosztujmy posiłek złożony z wielu dań -
smakowitą mieszankę kultur, obyczajów, upodobań


Odrzućmy obawy - przecież jak zwykle po burzy
nastąpi ożywcze, wytęsknione, orzeźwiające katharsis


Beata Bigda,
Wrocław, październik 2014/ listopad 2017

wtorek, 31 października 2017

500 lat Reformacji


Trzeba nieustannie się reformować!


Ta idea pojawiła się jeszcze o wiele wcześniej,
przed 31 października 1517 roku,
kiedy to Marcin Luter wystąpił przeciwko nadużyciom odpustowym,
ogłaszając słynne 95 tez w Wittenberdze.


Róża Lutra - symbol reformatora - dra Marcina Lutra
i Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego


Jednak to właśnie jego wystąpienie nabrało z czasem wymiaru symbolicznego początku Reformacji.


Tak się zdarza często - spektakularne wydarzenia stają się w świadomości społecznej cezurą...


W naszych czasach przykład stanowi zburzenie muru berlińskiego,
które stało się symbolem obalenia komunistycznej niewoli w europejskich krajach bloku wschodniego.





Beata Bigda,
31 października 2017 roku

poniedziałek, 30 października 2017

Istnieją rzeczy, których cofnąć nie sposób:



Kamień - który został rzucony


Słowo - które zostało wypowiedziane

Okazja - której się nie wykorzystało

Czas - który przeminął



Niektórzy moi znajomi
(wśród nich m. in. publicyści, a nawet naukowcy)
nie zgadzają się z tą opinią.

Mówią:


Przecież kamień - można podnieść,


słowo - zapomnieć,

okazje - przyjdą kolejne,

a czas? - jest tylko złudzeniem.



Tymczasem:



Jeśli kamień w kogoś trafi - podniesienie narzędzia nie cofnie wyrządzonej nim krzywdy;


Wypowiedziane słowo przeciwko bliźniemu trwa w świadomości słuchaczy - cierpienie oszkalowanego nie znika wraz z przeprosinami;


Okazje bywają różne - ale ta sama zwykle już się nie powtarza;


Być może czas w znaczeniu kosmicznym jest tylko złudzeniem - jednak dokonane wydarzenia trwają w pamięci jednostek i całych pokoleń!



Nasz ziemski, ludzki czas przemija bezpowrotnie,
ale nie bezgłośnie.


























Beata Bigda,
Wrocław, październik 2012/2017.

poniedziałek, 2 października 2017

Myśl szesnasta z cyklu: ZAPISKI Z ŻYCIA NA PLANECIE ZIEMIA (16)



Umiejętność samodzielnego, niezależnego myślenia

 

jest dla mnie najwartościowszym indykatorem

 

poziomu rzeczywistej inteligencji,

 

w odróżnieniu od wyniku przereklamowanego testu IQ... 





Beata Bigda,
październik 2017 roku

środa, 27 września 2017

Myśl piętnasta z cyklu: ZAPISKI Z ŻYCIA NA PLANECIE ZIEMIA (15)






Ptak drapieżny w locie 
podczas pokazu 
w Parku Leśnych Niespodzianek 
w Ustroniu.

  

Fot. Jerzy Jan Kaczorek





Czasami odlatuję stąd transcendentnie


myśl bowiem lżejsza od materii bywa zwykle


A za kręgiem horyzontu - 


czekają na nas ciekawsze światy...






Beata Bigda,
wrzesień 2017 roku

wtorek, 26 września 2017

Myśl czternasta z cyklu: ZAPISKI Z ŻYCIA NA PLANECIE ZIEMIA (14)



Niewiedza i niemoc intelektualna


podparte brakiem empatii 

i niechęcią do pracy nad sobą


to największe nieszczęścia, 

jakie mogą nas spotkać






Beata Bigda,
wrzesień 2017 roku

piątek, 22 września 2017

Myśl trzynasta z cyklu: ZAPISKI Z ŻYCIA NA PLANECIE ZIEMIA (13)



Podobno dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane


Sytuacja ulega zmianie, kiedy prócz ustalenia zamiarów,
decydujemy się na podjęcie działań w celu ich realizacji


W takim przypadku efekt zależy od... intencji właśnie!


Każda rzecz, postać, idea jest wyposażona
przynajmniej w dwa oblicza:


nóż - może służyć do krojenia chleba, ale też do zabijania


człowiek - może postępować szlachetnie, albo nikczemnie


strategia polityczna - może służyć społecznościom
ku pokojowej współpracy i podnoszeniu dobrostanu ludzkości,
lub...
manipulować nimi dla swoich partykularnych korzyści,
a czasem nawet - dla osiągnięcia pułapu dyktatury


Jak zadbać o jakość naszych intencji? 


Jak zapobiec kiełkowaniu złowieszczych wizji, niecnych myśli ?


Jak uzupełnić odwieczny niedosyt empatii? 


Jak przekonać dzieci (bo dla dorosłych chyba już za późno),
że - także dla swojego dobra - nie warto się wycwaniać,

bowiem to właśnie WSPÓŁODCZUWANIE mieści w sobie
tajemną moc tworzenia lepszego świata dla nas wszystkich...





Beata Bigda,
wrzesień 2017 roku

niedziela, 17 września 2017

Myśl jedenasta z cyklu: ZAPISKI Z ŻYCIA NA PLANECIE ZIEMIA (11)



Przedsenne mini-refleksje...



Nigdy nie jest aż tak wspaniale, 

żeby nie mogło być jeszcze lepiej


Albo też nigdy nie jest aż tak fatalnie, 

żeby nie mogło być o wiele gorzej



W każdym z przypadków trudno o szczęście.




Beata Bigda,
czerwiec 2017 roku

Myśl dziesiąta z cyklu: ZAPISKI Z ŻYCIA NA PLANECIE ZIEMIA (10)



...Dygresyjki po ćwiczeniach z życia...



Ci, którzy szerzą plotki i czerpią z tego satysfakcję 

są godni politowania.


Cóż jednak można pomyśleć o tych, którzy tych konfabulacji 

gorliwie wysłuchują i często złą, niezasłużoną, 

niesprawdzoną własnym doświadczeniem opinię 

o ofierze pomówień 

przekazują dalej?...


Wniosek: 

na pewno warto dbać zawsze o niezależność własnych myśli 

i nie osądzać innych "kolektywnie".


A najlepiej skupić się na swoich poczynaniach 

i zerwać z komentowaniem cudzego życia - 

to wyjdzie wszystkim na zdrowie.




Beata Bigda,
czerwiec 2017 roku

Myśl dziewiąta z cyklu: ZAPISKI Z ŻYCIA NA PLANECIE ZIEMIA (9)



Gdyby nie było społecznej akceptacji grubiaństwa


w stosunkach międzyludzkich,


chamstwo nie panoszyłoby się z taką bezczelnością.







Beata Bigda,
sierpień, 2017 roku

Myśl ósma z cyklu: ZAPISKI Z ŻYCIA NA PLANECIE ZIEMIA (8)



Dzięki temu, że wstydzą się ci, którzy DOSTRZEGAJĄ -


istnieje jakaś szansa, 


że zawstydzą się wreszcie ci, 

którzy bezwstydnie SZERZĄ ZŁO.

 



Beata Bigda,
sierpień 2017 roku

Myśl siódma z cyklu: ZAPISKI Z ŻYCIA NA PLANECIE ZIEMIA (7)



Nie martwmy się, że nie możemy uszczęśliwić wszystkich.


Cieszmy się, że możemy nikogo nie skrzywdzić, 

ani uczynkiem, ani słowem. 


To już naprawdę dużo. 


Okazuje się, że tak wiele zależy od naszych świadomych decyzji.


Błogiego dnia! 




Beata Bigda,
sierpień 2017 roku

środa, 13 września 2017

Myśl szósta z cyklu: ZAPISKI Z ŻYCIA NA PLANECIE ZIEMIA (6)



Żyjemy w okresie przeobrażeń,
odczuwamy wszyscy nadchodzące nieuchronnie zmiany
w dotychczasowym porządku
politycznym, administracyjnym i kulturowym
globu, kontynentu, kraju, prowincji, miasta, osiedla, wioski...

Powstaje niepokojące pytanie: co dalej?
Jakie przyjąć kierunki, jakie cele przed sobą postawić
w obliczu spektakularnej metamorfozy naszego,
swojskiego dotąd świata?

Także bliżej nas, w europejskim tyglu
narodowościowym, gospodarczym i kulturowym
bulgocze coraz gwałtowniej...

Tymczasem - enigmatyczny kierunek rozwoju Europy - wytyczają...
udane epizody w naszej przeszłości:
- wolność dla różnorodności i odmienności (m.in. w Cesarstwie Austro-Węgierskim)
- a wcześniej - tolerancja religijna i kulturowa (w Rzeczpospolitej Dwojga Narodów)

Czerpmy więc my - Europejczycy, z naszej CZARY
PRZEBOGATYCH, POZYTYWNYCH DOŚWIADCZEŃ!

Szanujmy i pielęgnujmy rozliczne odmienności -
bo to źródło naszego prawdziwego, najcenniejszego bogactwa
które ma w sobie moc rozwijania empatii i twórczej współpracy
ku pożytkowi nas wszystkich i każdego z osobna


To jedyny ratunek dla Europy,
zagrożonej przyszłym "zaniknięciem tożsamości"
w globalizującym się na potęgę świecie





Beata Bigda,
wrzesień 2017 roku

Myśl piąta z cyklu: ZAPISKI Z ŻYCIA NA PLANECIE ZIEMIA (5)


Po ostatnich odejściach na tamten świat wielu wspaniałych postaci (często przedwcześnie) - takie oto podejrzenia we mnie kiełkują:


Wygląda na to, że piekło,
czyli ćwiczenie w trudzie i znoju swoich wad aż do nadejścia
"Bogu podobnego" odczucia prawdziwych cech dobra i zła -
jest tutaj, na Ziemi. 


Najszybciej odchodzą ci, którzy wcześniej od innych pojęli,
na czym polega bycie człowiekiem. 


Pozostali przy życiu muszą się jeszcze długo uczyć... 


Dlatego mamy wokół siebie tylu ludzi uparcie działających przeciwko porozumieniu i wspólnocie,
sprzeniewierzających się prawdzie,
zawistnych, zazdrosnych, pożądliwych, zawłaszczających,
agresywnych, głupich, niedouczonych,
z chorobliwym przerostem ambicji,
pazernych, prymitywnych, miałkich. 


My, którzy to dostrzegamy
też - póki co - żyjemy.


Zastanówmy się - dlaczego?!...


Czy przypadkiem nie mamy tutaj do wykonania kilku ważnych zadań,
prócz codziennej dbałości o dobrostan swój i najbliższych?




Beata Bigda,
sierpień 2017 roku

Myśl czwarta z cyklu: ZAPISKI Z ŻYCIA NA PLANECIE ZIEMIA (4)



Najgorszą zbrodnią dokonaną na języku ojczystym

jest opaczne używanie słów

w kontekstach rażąco niezgodnych z ich rzeczywistym znaczeniem




Beata Bigda,
wrzesień 2017 roku

Myśl trzecia z cyklu: ZAPISKI Z ŻYCIA NA PLANECIE ZIEMIA (3)



Czy to nie dziwne, że tak wielu z nas wybiera
krętą drogę wybrukowaną kłamstwami,
a za ulubione narzędzie w radzeniu sobie z bliźnimi
- sztukę manipulacji: ścieżkę pomówień i oskarżeń?

Prosty, otoczony światłem prawdy szlak
jest nieporównanie bardziej komfortowy
...tylko dla skromnych i wewnętrznie uczciwych

Za to pierwszy sposób przynosi
szybkie profity i ułudę sukcesu

Omamia i kusi, mimo sporego ryzyka
demaskacji zaprawionej kompromitacją 




Beata Bigda,
wrzesień 2017 roku

wtorek, 12 września 2017

Myśl druga z cyklu: ZAPISKI Z ŻYCIA NA PLANECIE ZIEMIA (2)


Piękno i prawa Przyrody pozostają wówczas nienaruszone
kiedy człowiek się do porządków w świecie Natury nie wtrąca

Zawsze znajdujemy wytłumaczenie dla swoich zachcianek i żądz
obojętne, czy folgujemy sobie dla zysku, czy dla frajdy...

Zbyt rzadko korygujemy błędy, popełniane w rozumieniu
przestrzeni, otaczającej nas wraz ze wszystkimi stworzeniami
które ją z nami dzielą na równych prawach

Z zapatrzenia w siebie i autouwielbienia wpadamy w ślepą pychę
zamiast tworzyć coraz lepsze warunki życia
w biosferze jedynej dostępnej planety

Człowieczy skarb - Świadomość -
powinien nas zaszczytnie wyróżniać
wśród zamieszkujących Ziemię istot

tymczasem tylko nas pogrąża...


...czyżbyśmy nie byli tacy świetni, jakby się mogło wydawać?




Beata Bigda
wrzesień 2017 roku

Myśl pierwsza z cyklu: ZAPISKI Z ŻYCIA NA PLANECIE ZIEMIA (1)



Istota prawdziwego niebezpieczeństwa polega na tym,
że się go nie spodziewamy.

Pochłonięci tym, co nas otacza na co dzień,
nie zdajemy sobie sprawy, że ono właśnie czyha tuż,
za rogiem.

Wyczekuje tylko na właściwy moment, by wkroczyć...




Beata Bigda,
wrzesień 2017 roku

środa, 17 maja 2017

Zapomniany Wrocław i odwaga, o której nie pamięta już nikt...


Któregoś dnia nad ranem, na przełomie lipca i sierpnia 1945 roku, na wrocławskie Nadodrze dotarł pociąg z Gliwic. Budynek dworca z czerwonej cegły opisany był tablicą: "Odertor Bahnhof". Drobnej budowy młodzieniec obciążony ogromnym, 25-kilogramowym plecakiem wyskoczył z wagonu na peron. Ruszył dalej pieszo, kierując się do szefostwa Straży Akademickiej Uniwersytetu, które mieściło się przy Tiergartenstrasse (dzisiaj ul. Marii Curie Skłodowskiej).

Od ojca dowiedział się, że na tych maturzystów, którzy nie znaleźli po wojnie wolnych miejsc w przepełnionych uczelniach Krakowa i Gliwic czeka Wrocław - największe ze znanych miast, w których nastąpiła ostatnio całkowita wymiana ludności.
Szóstego maja 1945 r. - po podpisaniu aktu kapitulacji Festung Breslau (cztery dni po Berlinie) - odwieczna stolica Śląska zamknęła niemiecką kartę swojej historii, przechodząc pod jurysdykcję zwycięzców.

Po długim marszu maturzysta z Zawiercia zbliżał się do celu, przemierzając oczyszczony z budynków rozległy teren, objęty ulicami: Kaiserstrasse i Scheitniger Stern (dzisiejszy Plac Grunwaldzki).

Zaledwie przed rokiem - 25 sierpnia 1944 r. - Wrocław stał się z woli Hitlera twierdzą: Festung Breslau, z rozkazem obrony do ostatniego żołnierza. Podczas siarczystych mrozów, w styczniu 1945 r., gauleiter Śląska Karl Hanke wydał rozkaz przymusowej pieszej ewakuacji większości pozostałej w twierdzy ludności cywilnej, pozostawiając jedynie mężczyzn zdolnych do noszenia broni oraz sporą grupę jeńców wojennych (Anglików, Belgów, Jugosłowian, Polaków, Rosjan, itd.).
Ewakuowani początkowo próbowali wydostać się z miasta koleją. Jednak już wkrótce okazało się to niemożliwe. Podczas ciężkiej zimy, w ogromnym popłochu, piechotą uciekali na zachód. Zostały po nich nie tylko porzucone tobołki z dobytkiem, ale też zwłoki zamarzniętych starców i dzieci.
W lutym Armia Czerwona rozpoczęła oblężenie Festung Breslau. Ósmego marca dowództwo nad twierdzą przejął gen. Hermann Niehoff, a jego poprzednik - gen. Hans von Ahlfen - odleciał z miasta po dwóch dniach. Wojska radzieckie skutecznie zdobywały kolejne, położone na obrzeżach osiedla, stale ostrzeliwując wybrane punkty strategiczne.
By powstrzymać natarcie wojsk i patrole radzieckiego rozpoznania - Niemcy niszczyli całe kompleksy ulic, wyburzając i podpalając budynki.  W ten sposób zostało zniszczonych wiele osiedli. Ponadto wycofując się, obrońcy twierdzy pozostawiali zaminowany teren.

16 marca robotnicy przymusowi rozpoczęli wyburzanie kamienic na przestrzeni zajętej dzisiaj przez Plac Grunwaldzki, by przygotować teren pod budowę pasa startowego. Miały stamtąd startować samoloty, unosząc uciekających z Breslau dostojników nazistowskich.
W nocy z 1 na 2 kwietnia nadeszła hekatomba - 750 radzieckich samolotów zaczęło przeprowadzać masowe bombardowania, zrzucając na miasto bomby burzące i zapalające. 70% zabudowy miejskiej uległo wówczas znacznemu uszkodzeniu lub całkowitemu zniszczeniu.


W siedzibie dowództwa Akademickiej Straży Uniwersytetu pełen zapału kandydat na studenta - dwudziestotrzyletni Andrzej Pachlewski dowiedział się, że zostaje skierowany do ochrony osady Oporów, która miała pełnić rolę kampusu akademickiego, przeznaczonego do zasiedlenia przez pracowników naukowych Uniwersytetu, przybywających do Wrocławia z Krakowa, Lwowa i Warszawy.



Fot. 1. Andrzej Pachlewski w latach 40. XX w.
























Dowodzący Grupą Naukowo-Kulturalną prof. Stanisław Kulczyński (dawny rektor Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie) skierował gromadkę przyszłych studentów (kilkunastu członków ASU) do Oporowa, by zapewnili bezpieczeństwo tej podwrocławskiej wówczas osadzie, zorganizowali tam życie, a następnie zajęli się wstępnym przygotowaniem do zamieszkania poniemieckich domów i sprowadzeniem tam profesorów. Następnym obowiązkiem młodych studentów-żołnierzy było codzienne eskortowanie naukowców z Oporowa na Uniwersytet.

Pieszo udał się więc do Opperau, wówczas podwrocławskiego osiedla willowego. Nie była to przyjemna wędrówka. Uszkodzony, podstemplowany most (Grunwaldzki), na Odrze unieruchomione barki, dookoła popalone ruiny, na ulicach i placach gruz, spalone, poprzewracane wagony tramwajowe (niedawne barykady), przemykające gromady szczurów i ani jednej żywej duszy, a w powietrzu wyczuwalny odrażający, trupi odór…
Gräbschenerstrasse (ul. Grabiszyńska) – jedna z głównych arterii komunikacyjnych, wyprowadzająca podróżnych poza miasto w kierunku południowo-zachodnim – znajdowała się w kompletnej ruinie, zupełnie nieprzejezdna.
Całą drogę przemierzał boso, by oszczędzać jedyne buty. Prawie u celu – przy cmentarzu (Grabiszyńskim) złapali go żołnierze radzieccy. Na szczęście miał przy sobie bańkę samogonu – napili się „po stakanie” i puścili go wolno.
Odgraniczający Opperau od miasta most na rzece Ślęzie (niem. Lohe) był wysadzony. Przy niskim stanie wody przeprawiały się przez nią pojedyncze wozy konne. Na osiedlu Opperau przywitała go cisza i pustka. Jedynie na budynku strażnicy ASU (Akademickiej Straży Uniwersyteckiej) przy Breslauerstrasse 32 (ul. Solskiego) powiewała biało-czerwona flaga. Zastał tam kilku nowych kolegów. Powiedzieli mu, że tutaj, na osiedlu willowym, nie ma ani jednego polskiego mieszkańca. Tylko na Hauptstrasse (ul. Wiejskiej) – w zabudowaniach dawnych pracowników folwarcznych, osiedliło się parę polskich rodzin, przybyłych niedawno ze wschodu. Za to na Opperauerstrasse (ul. Karmelkowej) stacjonuje karny batalion radzieckich żołnierzy!
W tej sytuacji strażnica ASU okazała się niezbędna. Tym bardziej, że w Opperau mieszkali jeszcze Niemcy: sporo kobiet (przeważnie były to wdowy po żołnierzach Wehrmachtu) i około dziesięciu starszych mężczyzn. 
Uzbrojeni, najczęściej pijani żołnierze sowieccy penetrowali nierzadko oporowskie domostwa w poszukiwaniu przedmiotów, które można by “zamienić” na alkohol, lub - co gorsza - atakowali niemieckie kobiety w wiadomych celach. Dochodziło do tragedii. Kilka osób straciło wówczas życie z ich rąk. Niemki zwracały się do załogi strażnicy ASU z prośbą o ratunek. Zalecili im, by zawiesiły nad oknami kawałki szyn. W momencie zagrożenia (najczęściej do napadów dochodziło nocą) - mogły poprzez bicie w nie młotkiem zaalarmować posterunek i powiadomić w ten sposób o miejscu, gdzie należy udać się z natychmiastową pomocą.

Warunki mieszkaniowe na „posterunku Oporowo” były siermiężne: woda ze studni, latryna, czyli „sławojka” w ogródku, brak elektryczności, a nawet świec. Radzili sobie ze wszystkim własnymi sposobami. Puszkę po konserwach napełniali olejem – knotek palił się, niczym w lampie naftowej. Trudno było także z zapewnieniem podstawowych porcji żywnościowych. Produkty spożywcze pochodzące z paczek UNRRA nie wystarczały. W poszukiwaniu źródeł jakiegokolwiek pożywienia dla ekipy posterunku ASU, Andrzej często penetrował dalsze okolice Oporowa. Poruszał się wówczas rowerem marki „Bismarck”, oczywiście bez ogumienia. Obwiązywało się obręcze sznurkiem i od biedy można było przejechać z wielkim hałasem krótki odcinek drogi wyłożonej kostką. Później autochton, nazywany przez studentów Stachem, prowadzący warsztat mechaniczny w budynku, w którym obecnie jest sklep „Pod dębem”, pomagał w wyposażaniu roweru w niezbędne części. Andrzej polubił nawet jazdę na tym udoskonalonym jednośladzie.

Pewnego razu wybrał się na rowerową wycieczkę w kierunku poniemieckiej autostrady. Z mostu nad drogą zauważył jakieś uprawy. Okazało się, że na polach za mostem rosły sobie spokojnie dojrzałe dynie. Ucieszył się, że jedna z pierwszych polskich mieszkanek Oporowa - pani Maria Turnau - z dobrej woli wspaniała kucharka, a przed wojną lwowska nauczycielka gry na fortepianie - ugotuje im pyszny obiad. Bez zastanowienia wtargnął na dyniowe pole. W pośpiechu i zapale nie zauważył, że teren uprawy otoczony jest czerwoną taśmą. Z daleka dobiegły go głośnie okrzyki żywo gestykulujących żołnierzy rosyjskich : MINY! MINYYY!!! Z dynią pod pachą i sercem na ramieniu opuszczał zaminowane pole. Po godzinie udało mu się, o dziwo bez szwanku, przebyć te parędziesiąt metrów wstecz i powrócić na autostradę. Był zupełnie mokry ale poczuł się jak nowo narodzony!

Fot. 2. Przed stołówką ASU grupy Oporów. 











Do września 1945 roku w skład ekipy oporowskiego posterunku wchodziło już czternastu strażników akademickich. Działali bardzo sprawnie. Zorganizowali życie na osiedlu. Uzbrojeni „po zęby” własnym przemysłem stanowili jedyną realną siłę, chroniącą mieszkańców przed rozlicznymi niebezpieczeństwami. Władzy nie było tam wówczas żadnej, nawet milicji. Profesor Stanisław Kulczyński - Rektor Uniwersytetu i kierownik Grupy Kulturalno-Naukowej, która już 9 maja wjechała do płonącego Wrocławia - okazał się wspaniałym organizatorem. Dokonał podziału ekipy posterunku na sekcje, utworzone według przydzielonych zadań.
Wyjątkowo szeroki zakres obowiązków załogi „Posterunku Straży Akademickiej Oporów” wymusił szczegółowy podział zakresu odpowiedzialności pomiędzy członkami ekipy. Komendantem posterunku i kierownikiem kolonii był najstarszy z nich - Eugeniusz Jeleniewski, szefem służby bezpieczeństwa posterunku – Józef Bober, jego zastępcą – Janusz Majer, ekipę służby bezpieczeństwa stanowili Andrzej Pachlewski, Wiesław Piwowarski, Jerzy Rudawski i Jerzy Mutz, aprowizacją zajmowali się Tadeusz Szczęsny i Zbigniew Janiec, w referacie mieszkaniowym pracowali Stanisław Nosowski, Stefan Kaleta i Jan Piątek, w referacie pracy – Władysław Lachowski, a w referacie transportu – Adam Janowski.

Andrzej Pachlewski specjalizował się w reperacji i przygotowaniu uzbrojenia Straży Akademickiej. Przeżył wiele przygód z minami i bandziorami, gdy wałęsał się w poszukiwaniu broni. Z byle żelastwa potrafił złożyć sprawną strzelbę. A robił to z takim talentem i precyzją, że koledzy z powstańczą przeszłością tylko wzdychali: „Jaka szkoda, że tego chłopaka z Zawiercia nie było wśród nas na barykadach Warszawy.” *

Zyskał dumne miano „zbrojmistrza” i szacunek kolegów.

Drugiego sierpnia 1945 r., podczas Konferencji Poczdamskiej podjęto decyzję o przekazaniu Polsce Śląska wraz z Wrocławiem, a ludność niemiecką, która nie opuściła miasta przed oblężeniem, zdecydowano się przesiedlić do radzieckiej strefy okupacyjnej w Niemczech. Wówczas do Wrocławia zaczęła przybywać ludność z Wielkopolski, centralnej Polski (z okolic Łodzi, Kielecczyzny), a także wysiedleni mieszkańcy Kresów Wschodnich przedwojennej RP, przede wszystkim ze Lwowa i okolic oraz z Wileńszczyzny. 

Najważniejszym obowiązkiem ekipy ASU było osiedlenie na Oporowie profesorów oraz zapewnienie im bezpieczeństwa. 

W krótkim czasie młodej załodze udało się przywrócić w miarę normalne życie w Oporowie - biorąc pod uwagę zastane warunki. Przybyło kilkudziesięciu uczonych, których następnie otoczyli opieką. W 1945 roku po naukowców przyjeżdżał z Politechniki samochód “na holzgaz”, przygotowany technicznie przez Zdzisława Samsonowicza. Stawał przy wysadzonym moście, profesorowie przedostawali się do niego po przerzuconym przez rzekę mostku saperskim - po czym wszyscy ruszali na Uniwersytet lub Politechnikę.

Nie zawsze taki transport był możliwy. Wówczas trzeba było eskortować profesorów zupełnie inaczej. Zmyślni chłopcy skonstruowali pseudo-rykszę z roweru z przyczepką. Na przyczepce postawili niskie krzesełko, na którym siadał profesor - i w taki oto sposób zawozili bezkolizyjnie swego podopiecznego na uczelnię. 

Były również zadania budowlane. Na Schulze-Otto-Strasse (ul. Śniegockiego) młoda załoga samodzielnie wyremontowała willę dla prof. Osuchowskiego. 


Fot. 3. Strona z książki Zdzisława Samsonowicza
"Wspomnienia o Straży Akademickiej
Politechniki we Wrocławiu".























Żyli w ciągłym napięciu. Jeden z kolegów sypiał w koszuli. ale zawsze miał na sobie pas z amunicją i tuż obok karabin przygotowany do strzału.


Pewnego razu ich kompan z tzw. ”służby bezpieczeństwa posterunku”, uzbrojony w niemiecki pistolet maszynowy, ubrany - jak oni wszyscy - częściowo w poniemieckie wojskowe ciuchy - otrzymał zadanie sprawdzenia budynku przy Schlieffenstrasse (ul. Mikulskiego), gdzie podobno ktoś się ukrywał. Wchodząc do hallu w ułamku sekundy zauważył postać w niemieckim mundurze z bronią przygotowaną do strzału. Natychmiast wypalił ze swej “dziewiątki”. Okazało się, że trzasnął sam do siebie – dobrze, że trafił... w duże lustro, stojące w głębi sieni...


Pewnej nocy przybyła na posterunek ASU pokaźnie uzbrojona, liczna grupa żołnierzy radzieckich, która wzbudziła podejrzenie, że są to własowcy. **
Grzecznie zapytali, czy mogliby spędzić na terenie posesji tę noc. Załoga strażnicy nie miała wyjścia - gospodarzy było kilku – a niechcianych gości – około sześćdziesięciu. Jeszcze przed świtem zniknęli. Niedługo potem przybyli do strażnicy ASU agenci z Urzędu Bezpieczeństwa - pytali o tę grupę i kierunek, w którym się udała. Okazało się później, że przeczucia nie myliły – byli to własowcy, którzy planowali przedostać się do Czech. Zostali zlikwidowani w walce pod Zobten (Sobótką).


Wiosną 1946 r. jeden z mieszkających w Oporowie Niemców zawiadomił Pachlewskiego, że mieszkańcy domu przy dzisiejszej ul. Pękalskiego, położonego 
nieopodal narożnika Breslauerstrasse, podczas prac ogrodniczych odkryli płytko zakopane zwłoki. Po zagłębieniu szpadla w ziemi natrafiono na czaszkę i pukiel jasnych włosów. W trakcie obdukcji Andrzej stwierdził, że są to ciała czterech kobiet. Według Niemców – w tym właśnie domu kilka dziewcząt z BDM (Bund Deutscher Mädel) zabarykadowało się, nie chcąc poddać się żołnierzom radzieckim. Broniły się przy pomocy pistoletów maszynowych. Prawdopodobnie nie zginęły wszystkie podczas tej walki – co najmniej jedna z nich popełniła samobójstwo. Świadczył o tym odnaleziony przy zwłokach pocisk, który wręczył Pachlewskiemu zgłaszający incydent Niemiec. Była to „dziewiątka” z pistoletu samopowtarzalnego P08 Parabellum – a takiej broni używali wówczas tylko Niemcy. Rosjanie natomiast posługiwali się pistoletami maszynowymi innego kalibru, typu PPSz, tzw. „pepeszami”.


Od niemieckich mieszkańców osady Andrzej dowiadywał się o wielu niedawnych, mrożących krew w żyłach wydarzeniach.

 

W domu przy Schulze-Otto-Strasse 13 (ul. Śniegockiego), w obawie przed nadciągającymi  wojskami radzieckimi – ojciec, matka i kilkoro dzieci popełnili samobójstwo. Znaleziono całą rodzinę w jadalni, powieszoną dookoła stołu.

Na skrzyżowaniu Breslauerstrasse i Hindenburgstrasse (ul. Solskiego i Alei Piastów) leżał olbrzymi trójsilnikowy samolot niemiecki – Junkers Ju-52/3m, zwrócony silnikami w kierunku Wrocławia (samoloty tego typu budowano w latach 30-tych XXw. jako jedyne samoloty transportowe armii niemieckiej). Był cały, bez śladów spalenia, miał tylko zniesione podwozie. Opierał się na prawym skrzydle. Transportowa wersja samolotu była pozbawiona uzbrojenia – poza gniazdem karabinów maszynowych, strzelających do tyłu i na boki. Prawdopodobnie samolot ten został zestrzelony przez Rosjan. Wewnątrz Andrzej - niezmordowany penetrator okolic posterunku ASU – odnalazł ślady od uderzeń kolbą, ale bez śladów krwi. W gnieździe karabinów maszynowych również było „czysto”. W kabinie walały się jakieś spadochrony, papiery…
Nieopodal skrzyżowania mieściła się stacja benzynowa i warsztat. Na pobliskim murku stały oparte o ścianę grube tekturowe płachty z napisami: pilot… lejtnant… nazwisko… urodzony… - zachowane przez Niemców oporowskich, którzy prawdopodobnie pochowali zabitych lotników pod tym właśnie murkiem.


Pochodzący ze Lwowa, młodszy, szesnastoletni kolega, poinformował Andrzeja o składzie amunicji, który odnalazł w budynku przy Schulze-Otto-Strasse 15 (ul. Śniegockiego).
Były tam zgromadzone niewielkie ilości granatów, jakieś lonty, zapalniki… Andrzej podjął ryzykowną decyzję zdetonowania zagrażającego bezpieczeństwu mieszkańców magazynu. Nie był przecież saperem… Nie można było jednak liczyć wówczas na fachową pomoc. Wybrali się więc z kolegą, by dokonać dzieła. Młody lwowiak rozłożył w terenie długi lont… Andrzej założył zapalnik, jednak tuż przed jego uruchomieniem zainteresował się, gdzie też prowadzi ów lont. Okazało się, że w pobliże dużego, zamkniętego ciężką klapą zbiornika, w którym młodzieńcy odkryli ze zdumieniem imponujący zapas materiałów wybuchowych. Gdyby nie dociekliwość Andrzeja, część osiedla wyleciałaby w powietrze…

Kiedyś, podczas obchodu na Schelwitzstrasse (ul. Bukowskiego) zaniepokoił go jakiś ruch, dziwne odgłosy, dobiegające z jednego z opuszczonych domów. Postanowił wejść do środka. W sieni zauważył wciągane na górę, ruchome schody. Ponad jego głową coś się poruszyło – puścił natychmiast serię do góry! W chwili, gdy pociągnął za spust – tuż obok niego zwaliło się spadające ciało rosłego mężczyzny... 


Któregoś upalnego dnia 1945 r. Andrzej wracał pieszo z miasta na Oporów. Na szerokiej, reprezentacyjnej alei – Strasse der SA (ul. Powstańców Śląskich) zauważył jakąś kobietę, która spiesznie idąc niosła pojemniki z metalowymi menażkami. Skręciła w prawo, w kierunku ruin. Po chwili wyłonili się z nich czterej brudni, zarośnięci mężczyźni…


Jedyna droga z Oporowa ku centrum Wrocławia wiodła obok poniemieckiego cmentarza (Grabiszyńskiego). Szło się wzdłuż cmentarnych murów, przechodząc obok krematorium. Zdarzały się w tym miejscu częste napady i rozboje, nie tylko w latach 1945-1946, ale i później. Kiedyś członkowie załogi ASU spotkali na przycmentarnej ścieżce milicjantów, prowadzących trzech „mieszkańców” pokaźnych grabiszyńskich grobowców… Podobno przesiedzieli w ciemnościach od kapitulacji twierdzy w maju 1945 r. kilkanaście miesięcy. Żywność dostarczała im niemiecka gospodyni, która po oblężeniu pozostała w mieście. Byli zanemizowani, z białym, prawie zupełnie przezroczystym naskórkiem, oślepieni nagłym, dziennym światłem…

Twierdzili, że wojna jeszcze się nie skończyła.


Andrzej i jego koledzy mieli świadomość, że ci wszyscy „maruderzy” stanowią realne niebezpieczeństwo. Istniało podejrzenie, że mogą zostać w każdej chwili objęci fachową „opieką” przez Werwolf. ***


Jednak nie tylko maruderów trzeba było się obawiać.
W pierwszych dniach po kapitulacji Festung Breslau 
„w dalszym ciągu wybuchały pożary, miny oraz składy amunicji. Nie zabezpieczone budynki i mieszkania były plądrowane, rabowane i niszczone przez szumowiny podążające za frontowymi wojskami. Niszczenie obiektów dokonywane było również przez dywersyjne grupy Werwolfu, które ukrywały się w ruinach i opuszczonych mieszkaniach rozbitego miasta. Grupy uzbrojonych i często pijanych żołnierzy wpadały do zakładów (…) w poszukiwaniu alkoholu (…). Prof. Kulczyński tak pisze o klimacie grupy pionierskiej we Wrocławiu: Wrocław pierwszych miesięcy pionierskich podobny był do lasu, w którym łatwo było dostać kulą zza węgła, jak i nożem w plecy. Sypialiśmy z karabinem przy łóżku. Dr Knot, działający dyrektor Biblioteki Uniwersyteckiej, zaczesuje do dziś dnia starannie przedział na głowie, wyrysowany kulą wystrzeloną doń w biały dzień z ruiny w śródmieściu. Szofer mój przepadł jednego wieczoru jak kamień w wodzie. Odnaleźliśmy go po tygodniu w szpitalu, przebitego nożem, skąd dał znać, odzyskawszy przytomność. Ks. Niemczyk, opiekun i odnowiciel głównego gmachu Uniwersytetu, wróciwszy po pracy na kwaterę, znalazł ją ograbioną do koszuli i brzytwy włącznie. Niejeden pionier wracał do domu bez marynarki. (…) 

Wiadomość o organizowaniu we Wrocławiu uniwersytetu, politechniki i innych uczelni obiegła całą Polskę. Była to bardzo ważna wiadomość dla młodych maturzystów pragnących podjąć studia wyższe. (…) W prasie ukazały się wiadomości, że przyjmowane są zgłoszenia chętnych do uczestniczenia w pracach Grupy Kulturalno-Naukowej przyszłych kandydatów na studia w uczelniach wrocławskich. (…) W ten sposób do Wrocławia sprowadzono około 300 osób. – przyszłych studentów. Jak pisze prof. Kulczyński (…): „po wyczyszczeniu tej gromady z niebieskich ptaków postawiliśmy na nogi milicję akademicką w sile około 200 ludzi, która objęła skuteczną ochronę budynków i transportu...” 

Tą milicją była Straż Akademicka Uniwersytetu. **** 

###

Moja ostatnia rozmowa z Andrzejem Pachlewskim odbyła się w jego oporowskim mieszkaniu, w sierpniu 2012 roku.
Opowiadał o tamtych czasach z zapałem:
 „Wiesz, tamte lata (czterdziesty piąty, szósty…) to była moja wielka, męska przygoda. Przez tych parę pierwszych miesięcy często bywało niewesoło. Ale to właśnie były te dobre, górne i chmurne lata! Tutaj dopadłem swoją przygodę, która zrobiła ze mnie człowieka. Do Wrocławia przyjeżdżali po wojnie szabrownicy, ale także ludzie po maturze, z inicjatywą, z łbem otwartym! Uczelnie były dla nas magnesem!”Wspominał swoich kolegów z posterunku:„Byliśmy zgraną paczką. Bez tej komitywy pewnie nie przeżylibyśmy wielu dramatycznych sytuacji. Kiedy teraz pomyślę, że jestem jedynym żyjącym spośród całej naszej czternastki...czuję się jakoś dziwnie. Wiesz, w grudniu skończę 90 lat...”

###

Jesienią 2014 roku dowiedziałam się o śmierci Pana Andrzeja. 


Któż teraz odpowie na moje dalsze pytania o tamten Wrocław, tamtych odważnych, którzy nie zawahali się wkroczyć tuż po kapitulacji Festung Breslau w tonące w płomieniach ruiny, by tworzyć w tak trudnych warunkach podstawy do życia dla nowych pokoleń?


Beata Bigda

Wrocław, 2016 roku.


* 

Źródło: „Kalendarz Wrocławski na rok 1995.Rocznik XXXVI.” 

Wydany pod patronatem prezydenta miasta Wrocławia Bogdana Zdrojewskiego przez Towarzystwo Miłośników Wrocławia. 

**

„Własowcy” – Rosyjska Armia Wyzwoleńcza – kolaboracyjna formacja zbrojna, w skład której wchodzili głównie Rosjanie. Działała podczas II wojny światowej, jej żołnierzy nazywano potocznie własowcami. Generał lejtnant Armii Czerwonej Andriej A. Własow (ur. 1901- zm. 1946)  w lipcu 1942 r. dostał się do niewoli niemieckiej. Podjął współpracę z Niemcami, wydając w grudniu tego roku tzw. Deklarację Smoleńską, w której ogłosił konieczność zbudowania nowej Rosji poprzez obalenie reżimu stalinowskiego. W tym celu chciał powołać Rosyjską Armię Wyzwoleńczą, podporządkowaną komitetowi rosyjskiemu, którym miał osobiście dowodzić. Początkowo niemieccy wojskowi popierali jego inicjatywę. Pozwolono mu na odbycie dwóch podróży na okupowane tereny ZSRR, gdzie wygłaszał agitacyjno-propagandowe mowy, cieszące się zresztą sporą popularnością wśród tubylców.

Niemieckie OKH (Oberkommando des Heeres) wydało nawet wiosną 1943 r. rozkazy wprowadzające odznaki ROA na rękawach mundurów żołnierzy wszystkich rosyjskich formacji wojskowych walczących po niemieckiej stronie, utworzyło ponadto stopnie wojskowe w ROA. Ponieważ na stronę Niemców przeszło około 800 tysięcy obywateli ZSRR (m. in.: Rosjan, Kozaków, Ukraińców, przedstawicieli narodów Azji Środkowej), akcja ta mogła wywoływać wrażenie masowości ROA. 
W wyniku zdecydowanego sprzeciwu Adolfa Hitlera, który nie wierzył w lojalność radzieckich żołnierzy i samego gen. Własowa (umieszczonego na jego rozkaz w areszcie domowym w lipcu 1943 r.) - w rzeczywistości jednostki wojskowe ROA nigdy nie powstały, a sama formacja zachowała głównie propagandowy charakter. Jedynym wyjątkiem był gwardyjski batalion ROA, uformowany w maju 1943 r. we Wrocławiu.

*** 
Werwolf (Wilkołak) – hitlerowska organizacja, siatka sabotażystów i uśpionych agentów, zainicjowana na przełomie lata i jesieni w 1944 r. przez Heinricha Himmlera. Rozkazał on SS Obergruppenführerowi Hansowi Adolfowi Prützmannowi poczynić przygotowywania do utworzenia elitarnych grup ochotników, przysposobionych do prowadzenia działalności dywersyjnej  na tyłach wroga. Pierwotnie zakładano, że Werwolf ma być umundurowaną formacją wojskową, przeszkoloną do prowadzenia tajnych operacji w taki sam sposób, jak alianckie siły specjalne (np. komandosi). 

Prützmannowi nadano tytuł „Generalnego Inspektora Obrony Specjalnej” i powierzono założenie siedziby organizacji w Berlinie oraz zorganizowanie akcji szkoleniowej. Podczas stacjonowania na okupowanych terytoriach Ukrainy, Prützmann wnikliwie badał taktykę, stosowaną przez sowieckich partyzantów. Członków organizacji „Operacja Werwolf” szkolono w oparciu o te wzory. 
Według odtajnionych wiosną 2011 r. akt brytyjskiego kontrwywiadu M15 – do rozpracowania organizacji Werwolf  przez M15 doszło w marcu 1945 r. Zaaresztowano wówczas czterech zrzuconych do północnej Francji agentów. Jednym z nich był Olivier Mordrelle, który ujawnił, że przewidując rychłą klęskę III Rzeszy, hitlerowcy przygotowywali się do utworzenia zakonspirowanych komórek w Europie Zachodniej. Plan obejmował destabilizację sytuacji na tych terenach i prowokowanie konfliktów wewnętrznych. W tym celu zorganizowano siatkę agentów i składów broni pod nazwą Gladio. Miała zostać reaktywowana wówczas, kiedy komuniści wywołaliby powstanie i podjęli próbę przejęcia władzy w Europie Zachodniej. Istniało prawdopodobieństwo, że faszyści mogą dojść do głosu na fali antybolszewizmu. Niemałe kwoty przelano do Ameryki Łacińskiej, a zaufani członkowie organizacji zostali skierowani m.in. do Hiszpanii i Szwajcarii.
Plany oporu po kapitulacji III Rzeszy omawiano na tajnej naradzie w Deisenhofen pod Monachium w marcu 1945 roku.

****
Źródło: Zdzisław Samsonowicz „Wspomnienia o Straży Akademickiej Politechniki we Wrocławiu.”, Wydane przez Oficynę Wydawniczą Politechniki Wrocławskiej, Wrocław, 2002.


Artykuł ten ukazał się na łamach Dolnośląskiego Magazynu Społeczno-Kulturalnego ROBB+MAGGazin, w numerze 12/2016.

wtorek, 21 lutego 2017

Muzyka w architekturze (2)


Koncerty u św. Krzysztofa



W sierpniu 2015 roku, w renesansowym Zamku na Wodzie w podwrocławskich Wojnowicach – siedzibie Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego – rozpoczęto cykl koncertów kameralnych, nawiązujących do XIX-wiecznej tradycji mieszczańskich i arystokratycznych środowisk Paryża: Wojnowickie Salony Muzyczne. Poświęciłam temu tematowi pierwszy odcinek cyklu „Muzyka w architekturze” (Robb+Maggazin 9-10/2016, s.12-18).

Na kolejną wycieczkę zapraszam do obiektu, który – prócz pełnienia dotychczasowej funkcji sakralnej – gości w swoich murach interesujące wydarzenia muzyczne z historycznym kontekstem.

To wrocławski, gotycki kościółek św. Krzysztofa, położony na narożniku, utworzonym przez ulice Kazimierza Wielkiego i Wierzbową – przy placu św. Krzysztofa.
W październiku 2013 roku reaktywowano po 70-latach przedwojenny cykl odbywających się tutaj Koncertów Poniedziałkowych - we współczesnym wydaniu; wzbogacono też instrumentarium, remontując sprowadzone z Niemiec, neobarokowe organy. To jednak nie wszystkie wydarzenia warte opisania.
Rozpocznijmy nasze odwiedziny od zapoznania się z niezwykłym miejscem – ewangelickim kościołem o pasjonującej historii.


"Kościół św. Krzysztofa we Wrocławiu" - Jerzy Jan Kaczorek, olej na płycie.
























W roku 1267, w dokumencie fundatora, księcia Władysława wrocławskiego, umieszczono pierwszą wzmiankę o tej świątyni - jako ówczesnej kaplicy pogrzebowej Katedry św. Marii Magdaleny - pod wezwaniem św. Marii Egipcjanki. Cech kuśnierzy, mieszkających w rejonie dzisiejszej ulicy Oławskiej, sprawował nad nią opiekę.
Ok. 1409 r. Henryk z Ząbkowic (Heinrich Frankenstein) wzniósł na jej miejscu niewielki ceglany kościół w stylu gotyckim jako orientowaną*, jednonawową budowlę, założoną na planie prostokąta o wymiarach 32 x 16 metrów.

Trzyprzęsłową nawę przekryto sklepieniem sieciowym, natomiast zakończone poligonalnie (pięciobocznie) prezbiterium nakryto sklepieniem krzyżowo-żebrowym. Stromy, dwuspadowy dach pokryto dachówką.
W połowie XV w. świątynia otrzymała nowego patrona: św. Krzysztofa. W 1461 r. do kościoła dobudowano od frontu kwadratową wieżę zakończoną prostym, ostrosłupowym hełmem z ołowianej blachy. W 1575 przekryto ją hełmem renesansowym, a w 1602 r. dobudowano do budynku kościoła zakrystię.
W niszy, na zewnątrz obiektu, ustawiono imponującą drewnianą rzeźbę z 1462 r., przedstawiającą św. Krzysztofa. Na elewacji północnej umieszczono też kamienne epitafia z 1509 r. i z 2 poł. XVI w.
W dalszym ciągu kościołem św. Krzysztofa (oraz znajdującą się w pobliżu Bramą Oławską) opiekowali się kuśnierze. Stanowił on od co najmniej 1416 r. (kiedy wygłaszano w nim kazania w języku polskim) ośrodek skupiający mieszkających we Wrocławiu Polaków.

Od czasów reformacji (pocz. XVI w.) kościół św. Krzysztofa był zborem ewangelickim – i pozostał nim do dzisiaj.
Wówczas jednak – w niemieckojęzycznym mieście – służył polskiej ludności, która wiernie trzymała się swojego rodzimego języka. Zgodnie z naukami Marcina Lutra – umożliwiono wyznawanie wiary i pobieranie nauki w języku ojczystym. Utworzono wówczas przy kościele polską szkołę luterańską, w której od 1619 r. uczono dzieci katechizmu i recytacji Biblii po polsku. Kierował tą szkołą kaznodzieja luterański i nauczyciel Michał Kusz (Kuschius, Kuś, Kusch) – autor wydanego drukiem w 1646 r. słownika niem.-pol.-łac. Wegweiser zur polnischen und deutschen Sprache. Przewodnik do języka polskiego. W swojej przedmowie do słownika wspomniał o zamiłowaniu wrocławian do nauki języka polskiego.
Od roku 1765 do przejścia na emeryturę w 1803 r. – polskim kaznodzieją i pastorem przy kościele św. Krzysztofa był ks. Paweł Twardy. Ustanowił on stypendium dla polskich studentów teologii z Wrocławia i Śląska Cieszyńskiego (skąd pochodził). Było ono wypłacane przez magistrat wrocławski aż do czasów I wojny światowej.

Oto zachowany tekst życzeń noworocznych służby kościelnej z tego okresu, (dokładnie z 1797 roku), przeznaczonych dla parafian kościoła św. Krzysztofa:

Panie, dni roku przeszłego
Znakiem są zaszczytu twego
Boś nas od nieszczęścia bronił
I od wojny trwóg zasłonił,
A przy pracach powołania
Znaliśmy twe zmiłowania.
Za to cię pokornie czcimy,
Z całym krajem cię wielbimy,
Zostańże naszą obroną,
Wierną w tym roku zasłoną.


Także później, ok.1860 roku, panowała we Wrocławiu (ówczesnym Bresslau) atmosfera akceptowanej wielokulturowości, o czym pisał Wojciech Cybulski, naukowiec, pracujący na Uniwersytecie Wrocławskim**:

Z pomocą jednego z mieszkających tu rodaków zacząłem szukać pomieszczenia. Wybór jest dość znaczny, ale w starym, ciasno zabudowanym mieście, po przestronnym Berlinie, trudno zamieszkać. (…) Cały też świat niehandlowy mieszka w nowo założonych częściach, ponad kanałem opasającym Stare Miasto, gdzie dom przy domie jak pałace. Tam nająłem… Ja będę miał trochę daleko do uniwersytetu, kwadrans do pół godziny, ale za to drogą przez promenady… Sądzę, że nie będę żałował Berlina, sztywnego, wyrachowanego, etykietalnego, polskości mało przychylnego. Wrocław w połowie polskim jest miastem. Ludność Polakom daleko przychylniejsza. Przemysł, handel, interesa prowadzą ją do znaszania się z ludnością polską w Księstwie i Królestwie. Toteż i Polaków zawsze tu dużo przybywa, a nawet stale przemieszkuje. W moim własnym zawodzie daleko rozleglejsze pole działania. Źródła do badań naukowych daleko obfitsze niż w Berlinie. Również i w prywatnych stosunkach więcej niezawisłości, bo mniej zewnętrznej formy i towarzyskich wymagań. Panuje tu jeszcze cośkolwiek ze słowiańskiej pierwotnej gościnności.



W okresie pruskim (1741-1871) królowie pruscy – poprzez liczne naciski – dążyli do likwidacji narodowych wolności w kościele ewangelickim. W 1809 r. pruskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zażądało od konsystorza przerwania wygłaszania kazań po polsku, czesku i serbołużycku.

Jednak w kościele św. Krzysztofa kazania w języku polskim wygłaszano regularnie do 1829 r., później stopniowo coraz rzadziej. W roku 1888 (już w tzw. epoce imperialnej, czyli w Cesarstwie Niemieckim) kościół św. Krzysztofa stał się siedzibą filiału parafii św. Marii Magdaleny – co zakończyło polską kartę historii świątyni.



Dalsze losy budynku kościoła można streścić w sześciu punktach:


1. Restaurowany w XVI i XVII w.

2. Zniszczony w 1945 r. w ok. 75 %. Mimo pożaru, który ogarnął cały obiekt – stojąca na zewnątrz drewniana figura św. Krzysztofa ocalała od pożogi. Przeniesiono ją później do wnętrza świątyni.


Postać św. Krzysztofa
wyrzeźbiona w drewnie ok. 1462 r.
Jedyny zachowany element
oryginalnego wyposażenia kościoła
Fot. Jerzy Jan Kaczorek
3. Zabezpieczony i odbudowywany stopniowo w latach 1947-1949 i 1957-1958 (wg projektów Edmunda Małachowicza i pana Rachwalskiego). Podczas odbudowy przeniesiono elementy architektonicznego wyposażenia wnętrz z nieczynnych dolnośląskich kościołów ewangelickich: manierystyczny tryptyk z Masłowa (najcenniejszy zabytek we wnętrzu, dzieło snycerskie z 2 poł. XVI w.), neogotyckie ławki, ambonę, kamienną chrzcielnicę, a także organy romantyczne firmy Schlag & Söhne z 1909 r. – sprowadzone ze Słupca koło Nowej Rudy.





Prezbiterium z ołtarzem. Fot. Jerzy Jan Kaczorek


























4. W roku 1966 wyremontowano elewację, w latach 1969-1970 zrekonstruowano renesansowy hełm wieży.


Prospekt organowy. Organy romantyczne firmy Schlag & Söhne z 1909 r.
Fot. Jerzy Jan Kaczorek



























5. W 2013 roku zainstalowano i przebudowano drugie organy, umieszczone na poziomie posadzki – mechaniczny neobarokowy instrument firmy Walcker, sprowadzony z Niemiec.


Organy neobarokowe firmy Walcker, sprowadzone z Niemiec w 2013 roku.
Fot. Archiwum Zeggerteum


6. W 2016 roku dokonano generalnej restauracji pierwszego z dziesięciu otworów okiennych, wyposażając go w kamienne maswerki, wypełnione kopiami historycznych witraży, sporządzonymi na podstawie zachowanych oryginalnych egzemplarzy, poddanych pieczołowitej konserwacji i przechowywanych w Muzeum Narodowym we Wrocławiu (renesansowe kwatery herbowe z profilami ołowianymi z kościoła św. Krzysztofa).


Zgodnie z tradycją – po drugiej wojnie światowej, w polskim Wrocławiu, kameralny kościół św. Krzysztofa pełni znowu funkcję ewangelickiej świątyni służącej wielu narodom. W 1958 r. przekazano go na potrzeby religijne wrocławskiej ewangelickiej mniejszości niemieckiej, pozostałej we Wrocławiu po wojnie. 


Ks. płk Andrzej Fober - od 16 lat prowadzi
ewangelicko-augsburską parafię niemieckojęzyczną
we wrocławskim kościele św. Krzysztofa.
Fot. Archiwum Zeggerteum.




























Obecnie wiernymi są także młodzi Niemcy, którzy przyjechali do nadodrzańskiego grodu głównie po 1989 roku. Przez pewien czas, po porannych nabożeństwach w języku niemieckim, odbywały się tutaj spotkania koreańskiej wspólnoty baptystów. 







Goście z USA i Łodzi - nabożeństwo ewangelicko-reformowane.

Fot. Jerzy Jan Kaczorek











Joanna Szczepankiewicz-Battek (sopran),

Marcin Armański (organy).

Nabożeństwo ewangelicko-reformowane. 

Fot. Jerzy Jan Kaczorek





Pozytyw - małe, przenośne organy, w których powietrze do piszczałek tłoczy miniaturowa,
cichobieżna dmuchawa elektryczna.
  Instrument ten służył przez pewien czas podczas nabożeństw
i koncertów, organizowanych
w kościele św. Krzysztofa
przed zainstalowaniem organów
neobarokowych w poziomie posadzki. 

Fot. Jerzy Jan Kaczorek




W latach 2007-2014 polscy ewangelicy reformowani i sympatycy tego wyznania spotykali się dwa razy w miesiącu na popołudniowych, niedzielnych nabożeństwach, korzystając 
z gościnności gospodarza – księdza płk Andrzeja Fobera, 
który od 16 lat prowadzi tę ewangelicko-augsburską parafię.



















Przed koncertem po nabożeństwie ewangelicko-reformowanym.
Organista i kantor Marcin Armański z zespołem uczniów ze szkoły muzycznej.
Fot. Jerzy Jan Kaczorek


To jednak nie wszystkie wydarzenia, które odbywają się we wnętrzu kościoła św. Krzysztofa. 



447. Koncert Poniedziałkowy.
Tomasz Kmita-Skarsgård gra na organach romantycznych.
Fot. Archiwum Zeggerteum

Koncerty Poniedziałkowe*** 

W każdy pierwszy poniedziałek miesiąca (prócz okresów wakacyjnych i świątecznych) – odbywają się „u świętego Krzysztofa” spotkania z muzyką kameralną lub kościelną. Koncerty te, zwane Poniedziałkowymi, są kontynuacją przedwojennego cyklu, nazywanego wówczas Orgelkonzerte przez ich twórcę i organizatora – Gerharda Zeggerta. Wbrew tytułowi – były to prezentacje instrumentalnej muzyki kameralnej, solowej z towarzyszeniem organów, a także muzyki wokalnej bądź wokalno-instrumentalnej. Wykonawcami, zapraszanymi przez kantora, byli soliści: wokaliści i instrumentaliści (skrzypce, wiolonczela, lutnia), a także chóry. Zeggert występował jako organista i dyrygent. Jak przystało na wybitnego kantora Głównego i Parafialnego Kościoła św. Marii Magdaleny (w latach 1923–1943), organistę, dyrygenta i kompozytora – Gerhard Zeggert zadbał o to, by regularnie – w kościele św. Marii Magdaleny, a później także w kościele św. Krzysztofa – odbywały się wydarzenia muzyczne o zróżnicowanym repertuarze. W okresie 20 lat zdołał zorganizować ponad czterysta koncertów, prezentujących muzykę wszystkich epok, głównie kompozytorów niemieckich, ale także angielskich i włoskich.


447. Koncert Poniedziałkowy.
Tomasz Kmita-Skarsgård
gra na organach neobarokowych.
Fot. Archiwum Zeggerteum





























Reaktywację tego przedwojennego cyklu zawdzięczamy obecnemu kantorowi i pierwszemu organiście w parafii św. Krzysztofa. W 2010 roku odnalazł on w kantoracie kościoła św. Krzysztofa zbiór muzykaliów i druków kościelnych, które do 1945 roku znajdowały się w posiadaniu ewangelickiej parafii św. Marii Magdaleny. Tomasz Kmita-Skarsgård w połowie 2012 r. odkrył wśród archiwaliów głosy chóralne najsłynniejszego Zeggertowskiego dzieła: Messe in g-moll, napisanej ku pamięci przedwcześnie zmarłego brata kompozytora, a także m.in. cztery opracowania chóralne, prezentowane przez Zeggerta na koncertach poniedziałkowych: Kyrie – autorską miniaturę, Segne und behüte uns – czterogłosowe opracowanie pieśni na chór żeński lub chłopięcy, Kommt Seelen! – opracowanie chorału J.S. Bacha na trzy głosy oraz Nun sich der Tag i Bis hierher hat mich Gott gebracht. Wartość tego odkrycia podkreśla fakt, iż do niedawna wszystkie przedwojenne kompozycje Gerharda Zeggerta uważano za zaginione. Taką wersję potwierdzało wiele źródeł, w tym Schlesisches Musiklexikon, a także rodzina muzyka.
Spektakularne znaleziska i niezwykłe bogactwo spuścizny wybitnego kantora spowodowały, że jesienią 2013 r. Tomasz Kmita- Skarsgård podjął udaną próbę reaktywacji cyklu koncertów sprzed dziewięćdziesięciu lat. Pierwszy po siedemdziesięcioletniej przerwie, inauguracyjny Koncert Poniedziałkowy (opatrzony wg kolejności numerem 429.) odbył się w katedrze św. Marii Magdaleny we Wrocławiu, z udziałem Collegium Vocale Bochum i Collegium Instrumentale Bochum pod dyrekcją prof. Hansa Jaskulsky’ego.
II Koncert inauguracyjny miał już miejsce w kościele parafialnym św. Krzysztofa, również w październiku 2013 r. Było to wydarzenie wyjątkowe ze względu na obecność córki Gerharda Zeggerta, Ute Kopf-Zeggert i jej córki, Brity Kopf, która wraz z Tomaszem Kmitą-Skarsgårdem wykonała dwie kompozycje na wiolonczelę z towarzyszeniem organów. Wstęp wygłosiła profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, dr hab. Joanna Subel, przedstawiając prezentację multimedialną o życiu i działalności artystycznej Gerharda Zeggerta. Spotkanie zakończył występ Zespołu Wokalnego Rondo, który wykonał dwie kompozycje Zeggerta, odnalezione w bibliotece kantoratu w 2012 r. 
Od tamtej pory w kościele św. Krzysztofa odbyło się już 28 kolejnych Koncertów Poniedziałkowych współczesnej doby. Chociaż w planowaniu repertuaru istnieją ograniczenia – przede wszystkim niewielką przestrzenią świątyni i dostępnym instrumentarium – prezentowane utwory kameralne, wykorzystujące małe obsady okazały się dla słuchaczy atrakcyjne muzycznie. Repertuar – zróżnicowany pod względem aparatu wykonawczego (organy, chóry, grupy wokalne, instrumentalne zespoły muzyki dawnej, a także duety: organy plus instrument solowy); ponadto obejmujący kilka epok (prócz muzyki dawnej także romantyzm i współczesność) – przyciąga co miesiąc rosnące grono melomanów, niektórzy przyjeżdżają spoza Wrocławia. 

Urodziny Bacha 2014. Widok z ambony. Fot. Archiwum Zeggerteum


















Urodziny Bacha


Równolegle z reaktywacją Koncertów Poniedziałkowych, przy parafii kościoła św. Krzysztofa została utworzona fundacja Zeggerteum, którą kieruje dyrektor muzyczny Tomasz Kmita- Skarsgård. Sprawuje ona wraz z kantoratem opiekę nad wszystkim, co związane z kulturą i sztuką w parafii. Prócz Koncertów Poniedziałkowych, kantorat i fundacja organizują każdego roku Nabożeństwo Dziewięciu Czytań i Kolęd, Święto Muzyków i Urodziny Bacha

Urodziny Bacha 2015. Tomasz Kmita-Skarsgård dyryguje zespołem kameralnym.
Fot. Archiwum Zeggerteum












Uroczyste koncerty w dniu urodzin genialnego kantora z Lipska odbywają się właśnie w kościele św. Krzysztofa, począwszy od 2012 roku. Od kilku lat przyjęły formę mszy ewangelickiej według porządku z XVIII w. Podczas tegorocznego nabożeństwa wykonano Bachowską kantatę BWV 131 Aus der Tiefe rufe ich, Herr, zu dir z akompaniamentem orkiestry kameralnej. W zeszłym roku natomiast wysłuchaliśmy kantaty BWV 106 Gottes Zeit ist die allerbeste Zeit (Actus Tragicus) z towarzyszeniem fletów podłużnych, violi da gamba, wiolonczeli barokowej i organów.


Urodziny Bacha 2016. Tomasz Kmita-Skarsgård dyryguje chórem.
Fot. Archiwum Zeggerteum






Urodziny Jana Sebastiana Bacha w roku 2013 były wyjątkowe – miast jednej z kantat, mieliśmy okazję posłuchać motetu Jesu meine Freude w wykonaniu solistów Chóru NFM (wówczas Filharmonii Wrocławskiej) pod dyrekcją Agnieszki Franków-Żelazny, z towarzyszeniem organów i violi da gamba.


Urodziny Bacha 2016. Tomasz Kmita-Skarsgård dyryguje zespołem kameralnym.
Fot. Archiwum Zeggerteum




Okazuje się, że kameralne wnętrze kościółka św. Krzysztofa, pozbawione pogłosu, charakterystycznego m. in. dla rozległych, przestronnych gotyckich świątyń - tworzy atmosferę skupienia i przytulnej bliskości substancji dźwiękowej, wypełniającej niedużą przestrzeń. 


Urodziny Bacha 2016.
Żaneta Magryta-Sidoruk(wiolonczela)
Fot. Archiwum Zeggerteum

O wyjątkowości koncertów 

u św. Krzysztofa 
decyduje również 
obecność dwóch czynnych, 
choć niewielkich organów o zróżnicowanej charakterystyce: 

romantycznych, firmy Schlag & Söhne - usytuowanych 
na emporze zachodniej

i neobarokowych, 
firmy Walcker**** – 
ustawionych w poziomie
posadzki, 
w narożniku nawy.




Urodziny Bacha 2016.
Tomasz Niestrój gra na organach
neobarokowych.
Fot. Archiwum Zeggerteum

Mniejsze organy należą do grupy nielicznych instrumentów piszczałkowych w Polsce posiadających historyczny strój, są ponadto jednymi z siedmiu czynnych, mechanicznych organów w świątyniach wrocławskich, w tym jedynymi neobarokowymi.
Lokalizacja instrumentu w pobliżu słuchaczy i muzyków, którym towarzyszy podczas koncertów, powoduje, że jego dźwięk jest doskonale rozprowadzany przez sklepienie nawy, co zapewnia nośne wybrzmiewanie.




Starszy, większy instrument – główne organy Schlag & Söhne – znajdują się od dawna w złej kondycji. Ze względu na ambitne plany kantoratu parafii, związane nie tylko z dotychczasową aktywnością liturgiczną i koncertową, ale także z programem edukacji młodych muzyków – powstał projekt budowy nowych organów zachodnich, z prospektem nawiązującym do XVIII-wiecznego prospektu Caspariniego. Przed  II wojną światową znajdował się bowiem w tym miejscu wspaniały instrument (z 1715 r.), będący dziełem słynnego organmistrza Adama Horatio Caspariniego.
 
Kwietniowy przetarg na budowę nowych organów wygrała założona w 1882 r. firma Johannes Klais Orgelbau z Bonn, ciesząca się doskonałą opinią na świecie. Dość powiedzieć, że wybudowała wspaniałe organy piszczałkowe m. in. w katedrze w Kolonii, w katedrze w Berlinie, w Narodowym Centrum Sztuki w Pekinie, w Filharmonii Krakowskiej, a ostatnio w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu.
 
Równolegle planuje się renowację starych organów firmy Schlag & Söhne i przeniesienie ich do Kościoła Pamiątkowego Gustawa Adolfa na Sępolnie.


Organy neobarokowe firmy Walcker.
Nowa kotarka z herbem Wrocławia.
Fot. Archiwum Zeggerteum


Wyposażenie wnętrza kościoła św. Krzysztofa nie jest jednorodne stylistycznie. Ta różnorodność jest niewątpliwie atutem – tworzy interesującą kompozycję barw, kształtów i faktur. Dla odbiorców wrażliwych ten niewielki kościół stał się ostatnimi laty nie tylko miejscem wielojęzycznej modlitwy. Jest także świątynią sztuki muzycznej uprawianej w urokliwym architektonicznym otoczeniu. 
 


Beata Bigda

Wrocław, 2016 roku.

Orientowanie – dotyczy architektury sakralnej. Jest to zwrócenie części prezbiterialnej świątyni, mieszczącej ołtarz główny, ku wschodowi (łac. oriens – wschód). Stamtąd ma nadejść Jezus Chrystus podczas drugiego przyjścia – paruzji ("Albowiem jak błyskawica zabłyśnie na wschodzie, a świeci aż na zachodzie, tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego" Mt 24,27). O tak usytuowanych względem stron świata kościołach mówi się, że są orientowane.


**
Uniwersytet Wrocławski - wówczas Universitas litterarum Vratislaviensis – powstały w 1811 r., na rozkaz króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III z połączenia ewangelickiej Viadriny z Frankfurtu nad Odrą z wrocławską Leopoldiną. Uczelnia wyposażona była w pięć wydziałów: teologii ewangelickiej, teologii katolickiej, prawa, medycyny i filozofii. Ostatni z wymienionych wydziałów służył jako baza, do której włączano wszystkie nowe dyscypliny: geografię, historię, sanskryt, neofilologie, muzykę, nauki ścisłe i rolne. W 1841 r. – dzięki woli kolejnego władcy, Fryderyka Wilhelma IV, powołano katedrę języków i literatur słowiańskich „aby dać polskim studentom sposobność do doskonalenia się w mowie ojczystej.”


W XIX w. na wrocławskim uniwersytecie pracowało wielu znakomitych uczonych, m.in.: Jan E. Purkyne – twórca fizjologii jako odrębnej dyscypliny naukowej, Jan Mikulicz Radecki – genialny chirurg, Ernest Kummer – matematyk, Johann Galle – odkrywca planety Neptun, Gustaw Kirchhoff – sławny fizyk. 

Polacy zajmowali niektóre katedry i piastowali wysokie godności: w roku akademickim 1893/1894 rektorem uczelni był slawista prof. Władysław Nehring.

W setną rocznicę powstania państwowego uniwersytetu (1911 r.) nadano mu nazwę: Śląski Uniwersytet Fryderyka Wilhelma.

Z uczelnią związani byli nobliści, m.in: Eduard Buchner i Friedrich Bergius (chemia), Otto Stern, Max Born i Erwin Schrödinger (fizyka), Paul Ehrlich (medycyna), Theodor Mommsen (literatura).


**
Więcej o Koncertach Poniedziałkowych można przeczytać na łamach miesięcznika „Odra”(nr 9-wrzesień-rok MMXVV/2014: „Powrót Koncertów Zeggerta - z Tomaszem Kmitą-Skarsgårdem rozmawia Beata Bigda”) lub tutaj: http://beabard.blogspot.com/2014/09/powrot-koncertow-zeggerta.html

****
Więcej informacji o tym instrumencie mieści artykuł „Nowe, neobarokowe organy u św. Krzysztofa. Z Tomaszem Kmitą-Skarsgårdem rozmawia Beata Bigda”, dostępny tutaj: http://beabard.blogspot.com/2016/07/nowe-neobarokowe-organy-u-sw-krzysztofa.html


Artykuł ten ukazał się na łamach Dolnośląskiego Magazynu Społeczno-Kulturalnego ROBB+MAGGazin, w numerze 11/2016.