piątek, 21 października 2011

Zagadkowy nowy obiekt nieopodal wieży ciśnień na wrocławskim Brochowie

Jesienią 2010 roku zakończono budowę nowego obiektu, mieszczącego się przy ul. Japońskiej na terenie Szpitala Specjalistycznego im. A. Falkiewicza we Wrocławiu. Samodzielny budynek przeznaczono na szpitalne archiwum medyczne dla wszystkich szpitali z regionu Dolnego Śląska. Nowy obiekt o oryginalnej funkcji wybudowano na podstawie projektu opracowanego przez BB Studio Architektoniczno - Budowlane ZREMB.


Fot. Beata Bigda

















Oryginalna jest nie tylko funkcja tego samodzielnego archiwum - lecz również jego architektoniczna forma.
Mimo, że niemal 90% powierzchni użytkowej całego obiektu zajmuje przestrzeń magazynowa (dla porównania powierzchnie : biurowo-socjalna i techniczna stanowią odpowiednio:  ok. 8%  i 2%  pow. użytk.) – bryła budynku jest zaskakująco zróżnicowana.


Wizualizacja:   
BB  Studio  Architektoniczno - Budowlane  ZREMB   
Pracownia  Projektowa.








Architekci z wrocławskiej pracowni projektowej BB StudioArchitektoniczno – Budowlane ZREMB, pracujący pod kierunkiem Głównego Projektanta Stefana Bigdy – osiągnęli ten efekt poprzez umieszczenie dominującej funkcji magazynowej w dwóch zazębiających się prostopadłościanach, tworzących kształt litery L, spiętej od frontu wielokątnym w rzucie wypełnieniem wklęsłego narożnika, mieszczącym przeszkloną strefę wejściową dla petentów i pracowników oraz pomieszczenia biurowo - socjalne. 

Pozostałe wejścia techniczne okolono dla rozróżnienia pomarańczowymi obramieniami.

Fot. Beata Bigda
























Fot. Beata Bigda

Wszystkie wejścia do obiektu otoczone są masywnymi, pudełkowymi formami przestrzennymi, co dodatkowo rozrzeźbia bryłę. 
Zaś jednopoziomowy obiekt zyskał akcenty wertykalne dzięki przekryciu partii magazynowych czterema dachami dwuspadowymi o różnych wysokościach, co wynika z aspektów funkcjonalnych. Bowiem część tych zadaszonych przestrzeni, wykorzystaną do lokalizacji urządzeń technicznych (niezbędnych dla prawidłowego funkcjonowania obiektu) – tworzą połacie dachowe zaprojektowane na ażurowej (odkrytej) drewnianej więźbie, o nieco obniżonych kalenicach w stosunku do pozostałych dachów, założonych nad pomieszczeniami magazynowymi.

    



















Fot. Beata Bigda

















Budynek nowego archiwum znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie zabytkowej wieży ciśnień z 1903 roku oraz szpitala położniczego, rozbudowanego w latach 1985 i 2005-6. 
Fragment starej zabudowy szpitala stanowi dawna szkoła ludowa (1901-1913). 
Oba obiekty, pochodzące z początków XX wieku, są wzniesione z cegły, częściowo otynkowane, ozdobione  m.in. kamiennymi emblematami. 
Ze względu na wartość historyczną sąsiedniej zabudowy - nowo-projektowane obiekty na tym terenie podlegają opinii konserwatorskiej.

 Fot. Beata Bigda
























Fot. Beata Bigda


W odniesieniu do architektonicznego sąsiedztwa – w elewacjach archiwum zastosowano wykończenia okładzinami z cegły klinkierowej, przeplecione kolorowymi partiami tynku mineralnego, a budynek został przekryty fragmentarycznie stromym dachem dwuspadowym.















Fot. Beata Bigda

Funkcjonalnie nowe archiwum pozwala nie tylko na przechowywanie imponujących zasobów archiwalnych szpitala, ale również umożliwia wszystkim chętnym ich przeglądanie w specjalnie do tego celu przygotowanym pomieszczeniu.

Goście nie mają dostępu do przestrzeni magazynowych, gdzie pracownicy archiwum wyszukują potrzebną dokumentację w specjalistycznych regałach przesuwnych – udostępniając ją później petentom.

Na uwagę zasługuje zastosowany przez architektów nowoczesny system składowania i udostępniania archiwaliów – zasilane hydraulicznie przesuwne regały umożliwiają łatwy dostęp i dogodne warunki dla sprawnego odnajdowania i porządkowania dokumentów.










      
Fot. Beata Bigda


Generalnym wykonawcą obiektu jest Przedsiębiorstwo Budowlane ALFA - DACH Sp. z o.o.

                            

Archiwum medyczne w liczbach:

Powierzchnia użytkowa  - 1.154,22 m kw.
Powierzchnia archiwów   - 1.035,74 m kw.
Powierzchnia biurowo-socj. - 93,11 m kw.
Powierzchnia techniczna -   28, 23 m kw.
Kubatura                    - 6.424,70 m sześc. 
Wysokość budynku       -      5,74 m
                         oraz   -      8,85 m




Beata Bigda
Wrocław, lipiec 2011.

Jeden z artykułów, które ukazały się na stronie budowlanego serwisu dla profesjonalistów: MuratorPlus.pl, w zakładce Inwestycje, gdzie prezentowane są teksty informujące o nowych inwestycjach budowlanych w Polsce. 

piątek, 9 września 2011

Alhambra we Wrocławiu


Wieloboczne pomieszczenie spowite tajemniczą mgiełką oparów unoszących się nad pulsującą taflą wody.


Ponad kolistym basenem – błękitna kopuła, rozświetlona mini – gwiazdami, połyskującymi to na zielono, to na żółto, to na czerwono... między kolumnami, wspierającymi granatowo-niebieski firmament – emitujące nieco dusznawą woń świece lekko wibrującymi płomyczkami skąpo omiatają przestrzeń... w tle sączy się delikatna muzyka o dalekowschodnim rodowodzie... z czterech stron dostęp do tego czarownego zakątka zapewniają przejścia, zwieńczone mauretańskimi łukami – niektóre z nich dodatkowo przysłonięte są ażurowym arabskim ornamentem mobilnych parawanów.

W narożnikach pomieszczenia, siedzące w wygodnych hamakach lekko rozkołysane białe nimfy rozkoszują się orientalną muzyczką i niespokojną kipielą jacuzzi, odpoczywając po wyczerpujących czasem zabiegach SPA (masażach, saunach, kąpielach...). Oczekują, by w stosownej chwili zanurzyć się w bulgoczącej wodzie i doznać głębokiego relaksu całego ciała, nie wspominając nawet o duszy, która ukołysana miarowym pulsowaniem wody i tajemniczą aurą mauretańskiej łaźni – odpływa od spraw doczesnych do utęsknionej krainy marzeń i swobodnej myśli.

W tych warunkach nawet najbardziej zesztywniałe mózgi doznają twórczego olśnienia – następstwa wizyty we wrocławskiej Alhambrze mogą więc okazać się zupełnie nieprzewidywalne!

c.d.n.


Beata Bigda
Wrzesień, 2011

poniedziałek, 4 lipca 2011

Racławicka sosna


Późna wiosna 1985 roku nie rozpieszczała Wrocławian. Ulewne deszcze, przy akompaniamencie złowrogich błyskawic, nieprzerwanie towarzyszyły mieszkańcom już od ponad dwóch tygodni.


- Kiedy to się wreszcie skończy! – westchnął detektyw Karol Ossoliński, sięgnąwszy po filiżankę mocnej kawy.
W skroniach symptomatycznie pulsowała mu rozpoczynająca się migrena, a przecież miał tego wieczoru jeszcze mnóstwo pilnych zagadnień do przemyślenia!

Nie dalej, jak wczoraj, wezwał go pułkownik Jarosław Twardy.
- Ossoliński! Wiecie, że jeżeli wzywam was do siebie – to znaczy, że sprawa jest wagi państwowej, ściśle tajna! – huknął donośnie, po czym dodał scenicznym szeptem: – Dziś rano, na Purkyniego w rotundzie, konserwatorzy odkryli, że jakiś gnojek wyrżnął kawał płótna z Panoramy Racławickiej! Spruł stamtąd – nie zostawiwszy prawie żadnych śladów! Pojedziecie tam - zrobicie wizję lokalną - i dowiecie się SWOIMI SPOSOBAMI gdzie trafił ten zrabowany fragment obrazu. Chyba nie muszę tłumaczyć, że sprawa jest cholernie pilna! Za dwa tygodnie instalacja odnowionego płótna w rotundzie, a za niecały miesiąc – oficjalne otwarcie Panoramy! Ta bezczelna kradzież ostro zalatuje PROWOKACJĄ! Będą teraz gadać, że to nasza robota!

Zuchwała kradzież fragmentu potężnego dzieła Styki i Kossaka - niemalże wprost spod rąk konserwatorów, którzy w przeznaczonej do prezentacji obrazu rotundzie kończyli prace nad restauracją zniszczonej wieloletnią tułaczką Panoramy Racławickiej - nie dawała spokoju Ossolińskiemu.

- No, no - szykuje się nam niezła łamigłówka! - pomyślał detektyw. Narastający stukot kropli uderzających o szyby przechodził pomału w monotonny szum. Karol zagłębił się w fotelu, a niedawne wydarzenia i rozmowy odpłynęły gdzieś, pozostawiając po sobie jedynie gotowość do rozwikłania kalamburów, jakie serwowało mu ostatnio życie. Czuł, jak ogarnia go powoli znajome uczucie błogostanu. Zdawał sobie sprawę, że zasypia - nie bronił się jednak - wręcz odwrotnie - pielęgnował w sobie te chwile, kiedy w pół-śnie, pół-jawie mógł doświadczać niezwykłych podróży w czasie i przestrzeni. Wielokrotnie już okazało się, że jego niesamowite „sny na jawie” były projekcją przyszłych wydarzeń! Ta unikalna zdolność ułatwiła mu rozwikłanie niejednej skomplikowanej kryminalnej historii. Poczuł przyjemne ciepło, ogarniające go od opuszków palców po czubek głowy. Nastrój tajemniczego skupienia wypełnił mu myśli - niedawno jeszcze zdominowane przez chaotyczne próby powiązania poznanych faktów w logiczny ciąg wydarzeń. Zamknął oczy.























Zamek na wodzie w Wojnowicach - olej na płótnie. Jerzy Jan Kaczorek, 2008


Pod powiekami pojawiły się korony olbrzymich drzew, delikatnie poruszane powiewami prawie letniego wiatru. Przez dłuższą chwilę unosił się nad sosnowym lasem. Nagle - spokojny dotąd lot przeistoczył się w szalony pęd zielonym tunelem, w brzęczącym pszczelim towarzystwie! Ossoliński przemieszczał się szybko tuż pod sklepieniem uroczej lipowej alei, wiodącej ku zwieńczonej smukłą wieżyczką ceglanej budowli z małym dziedzińcem pośrodku. Mostek, przerzucony nad oblewającą obiekt fosą - prowadził do wejścia ozdobionego kamiennym portalem.

























Wojnowicki zamek na wodzie - pastel suchy. Stefan Bigda, 2008
www.art-imaginis.net

- Zaraz, to chyba ten renesansowy zamek na wodzie w Wojnowicach! - uzmysłowił sobie. - Co ja tutaj robię?! Wzniósł się ponad kalenicami dachów i rozejrzał uważnie po okolicy. Zamiast odpowiedzi - spostrzegł zagadkową kopułę, bielejącą wśród gęstwiny sosen i dębów, porastających pobliski pagórek. - Przedziwny obiekt, przypomina obserwatorium astronomiczne - pomyślał. Nieznana energia utrzymywała go ponad tajemniczą czaszą, która niespodziewanie zaczęła się rozsuwać, ukazując rozległe wnętrze… Snop światła padł na skuloną sylwetkę siedzącego pośrodku mężczyzny. Detektyw próbował ze wszystkich sił obniżyć lot, jednak właśnie w tym momencie ogromna siła przeniosła go z powrotem… w objęcia pluszowego fotela. Dreszcz emocji ustąpił pod naporem obezwładniającej senności…

Dźwięczący zgrzytliwie dzwonek telefonu zerwał go na równe nogi. Za oknem słońce nieśmiało wyglądało zza chmur. Po wczorajszej ulewie - ani śladu!

- Ossoliński, słucham!

- Panie Karolu kochany! Nie może mi pan odmówić! Nie może mnie pan teraz zostawić! - jęczał dramatycznie sopran w słuchawce.

- Przepraszam najmocniej szanowną panią, ale z kim rozmawiam? - spytał detektyw.

- Ach, to ja, Alicja Karpińska. Pamięta pan, spotkaliśmy się niedawno na wernisażu w Galerii na Świdnickiej. Mój Jurek wystawiał tam swoje dolnośląskie pejzaże – zapłakała kobieta.

- Co się stało, pani Alu!?                             

- Jerzy zniknął! - jęknęła żałośnie żona malarza.

- Jak to ZNIKNĄŁ???

- Wczoraj do późna Jurek pracował nad obrazem, więc - jak to zwykle bywa - spał potem w pracowni. A kiedy dzisiaj chciałam go obudzić na śniadanie - pracownia była pusta! Jurek jakby zapadł się pod ziemię! Dzwoniłam już do wszystkich: rodziny, przyjaciół, znajomych - i nic! Żadnej wiadomości nie zostawił! To mu się nigdy dotąd nie zdarzało. Panie Karolu, w panu jedyna nadzieja!

- Pani Alu, proszę się uspokoić, przecież minęło zaledwie kilka godzin od zniknięcia pana Jerzego. Zaraz jadę do pani, a w tym czasie proszę sprawdzić, czy może pan Jurek zaplanował jednak coś na dzisiaj w terminarzu, no i co zniknęło z domu razem z nim. To ważne!

Ossoliński zdążył spakować swój podręczny detektywistyczny neseser, kiedy telefon rozdzwonił się znowu.

- Halo! – rzucił pospiesznie, wkładając marynarkę.

- Twardy mówi. Z obywatelem Ossolińskim!

- Słucham, pułkowniku.

- Panie detektyw! Mamy się czym martwić! Dzisiaj nasi funkcjonariusze próbowali znaleźć jakiegoś speca, który byłby w stanie wykonać kopię WIECIE CZEGO! Inaczej nie mamy szans wyrobić się z terminami!

- I co, znaleźli?

- Ano, od biedy ujdzie – ale to kandydat awaryjny.

- Dlaczego?

- Bo ponoć najlepszy malarz, który by się do tego nadawał we Wrocławiu, zniknął dziś w nocy! Nazwisko: Karpiński, Jerzy. Mieszka na Oporowie, Nałkowskiej 93 a. Działajcie migiem!

- Tak jest, panie pułkowniku!

Alicja Karpińska nie znalazła najdrobniejszych nawet oznak, czy notatek, które wskazywałyby przyczynę nagłego, tajemniczego wyjazdu męża z domu. Detektyw dokładnie przeszukał pracownię artysty – żadnych śladów nie było, prócz uchylonych drzwi, prowadzących do tylnego wyjścia z posesji w kierunku oporowskich alejek.

- Profesjonalna robota – mruknął.

Żona malarza zauważyła za to, że cały zestaw pędzli, farb olejnych i paleta zniknęły razem z jej mężem.

- Nie mamy ani chwili do stracenia, pani Alu! – krzyknął Ossoliński na pożegnanie, wsiadając do samochodu.            

Ruszył w kierunku Wojnowic. Powoli zapadał zmierzch.

- Jasny gwint, nie chciałbym, żeby po jakimś czasie wyłowiono z Odry ciało Karpińskiego! – pomyślał, wciskając pedał gazu „do dechy”. Kiedy dotarł na miejsce, odnalazł (nie bez trudu) charakterystyczną kopułę ze swojej wizji, dobrze ukrytą przed wzrokiem pieszego w sosnowo-dębowym zagajniku na wzgórzu. Zatrzymał się przy gospodarstwie oddalonym nieco od celu. Podszedł bliżej zabudowań, tyle, że nie od podjazdu, lecz od strony lasu. Przygotował broń. Bez wysiłku sforsował prymitywne drewniane ogrodzenie. Przedostanie się do wnętrza okazało się zaskakująco proste.
- Chyba nikt się tu mnie nie spodziewa – uśmiechnął się do siebie.
Po kilku chwilach skrobał się już stromymi kręconymi schodkami, zbliżając się do zagadkowej kopuły. Wokół panowała kompletna cisza. Ossoliński ostrożnie nacisnął klamkę masywnych drzwi prowadzących do tajemniczego obserwatorium. Uchylił je z trudem, ujrzawszy w mrocznej szparze… własną twarz. W tym samym momencie padł strzał. Ogromna tafla lustrzana roztrzaskała się pod jego stopami. Ten ułamek sekundy wystarczył, by detektyw zdążył wymierzyć w kierunku uzbrojonego mężczyzny, który próbował przed chwilą go zgładzić. Pocisk sięgnął celu. Przeciwnik upadł ciężko z przestrzelonym barkiem, rewolwer wypadł mu z ręki.

Uwolniony z więzów Jerzy Karpiński rzucił się, by razem z Karolem Ossolińskim skrępować porywacza, złodzieja i niedoszłego mordercę. Po chwili malarz otworzył fragment czaszy. Z prawie zupełnych ciemności promień światła wyłonił pokaźnych rozmiarów obraz z postrzępionymi krawędziami, rozwieszony na stelażu. Przepiękna, niebotyczna sosna lekko przechylała się na nim, niby pod wpływem niewyczuwalnego wiatru. Obok - na gigantycznej sztaludze - rozpięto kawał zagruntowanego płótna z naszkicowanym drzewem, które łudząco przypominało pierwowzór.

     
Zielonogórskie sosny - pastel suchy. Stefan Bigda, 1987  
www.art-imaginis.net

- Jaki fantastyczny efekt! - zakrzyknął zdumiony Ossoliński. - Przez chwilę myślałem, że autentyczny iglak wyrósł pod tą kopułą! A teraz widzę, że ten pański szkic wcale nie gorszy, panie Jurku!

- Przede wszystkim nie zdążyłem jeszcze wprowadzić koloru… Całe szczęście, że mnie pan uratował, panie Karolu! Ten łajdak trzymał mnie tu głodnego i niewyspanego na muszce. Miałem cały czas pracować nad kopią, a właściwie nad falsyfikatem. Drań chciał go sprzedać jakiemuś amatorowi dzieł malarskich o tematyce historycznej jako „autentyczny” fragment Panoramy Racławickiej!

- A oryginał?!

- Ukradł go na specjalne zamówienie faceta z Belgii – maniakalnego kolekcjonera dzieł sztuki. Panie Karolu! Jeszcze raz dziękuję za ocalenie! Przecież ten typ „po wszystkim” niechybnie by ze mną skończył. Za dużo o nim wiedziałem…

 

Beata Bigda
Lipiec, 2011


czwartek, 9 czerwca 2011

"Be a bard!" czyli bądźcie bardami!


Be a bard!!! Going in for the arts and music is always a fascinating adventure for the Sensitive Souls :-)


Bądźcie bardami!!! Uprawianie muzyki i sztuk wszelakich jest zawsze fascynującą przygodą dla Dusz Wrażliwych :-)



Caravaggio (Michelangelo Merisi) - Lutnista (1596-97)


Od kilku już lat odnoszę wrażenie, że żyje się nam wszystkim coraz trudniej - i to w skali globalnej. Może wynika to stąd, że działalność architektoniczna związana jest nieodmiennie ze światem inwestycji i finansów - ale nietrudno dostrzec, że w związku z ogólnoświatową recesją w każdej z dziedzin zaznacza się coraz dobitniej kryzys - zmniejszenie popytu, a co za tym zmierza - wynagrodzeń za wykonaną pracę, a w następstwie - spadek jakości zawodowych poczynań.                

Te spadkowe tendencje powodują  chyba u każdego poczucie sporego dyskomfortu, a czasem wręcz prowadzą do dekadenckich nastrojów - chociaż XX w. mamy już za sobą i powinniśmy z nadzieją wchodzić w nowe stulecie...

Jednak nawet w najtrudniejszych momentach istnieje jakieś REMEDIUM!

Wezwanie:  BĄDŹCIE BARDAMI!!! - to właściwie moja propozycja na ODNALEZIENIE W SOBIE MOŻLIWOŚCI AUTOTERAPII POPRZEZ SZTUKĘ, UPRAWIANĄ CZYNNIE!

Sama spróbowałam tej metody - otwarłam kanał pod dwuznacznym nick'iem: "Bea Bard" (= be a bard) w serwisie YouTube, gdzie od czasu do czasu zamieszczam filmiki z muzycznymi miniaturami.

Duża to frajda - a czasem dowiaduję się, że nie tylko dla mnie ;-)


Gorąco polecam Wszystkim aktywność niekomercyjną jako antidotum na kryzysy duchowe i materialne :-)


Bea Bard

Collage. 
Autorzy fotografii (od górnej lewej, rzędami, po dolną prawą): BB, SB, BB, BB, MB, BB, JK, MB, MB. 
BB - Beata Bigda, SB - Stefan Bigda,  MB - Marta Bigda,  JK - Jerzy Kaczorek.



Beata Bigda
Wrocław, czerwiec 2011 r.